czwartek, 3 grudnia 2015

Podziękowania i wyprawa w Zachodnie Lasy



Król Jan musi moment poczekać, bo najpierw będę chwalić się i dziękować Oli, która mnie obdarzyła w swojej rozdawajce. 
Otrzymałam prześliczne kolczyki i przydasie - Ola wiedziała, co może się mi przydać :)



Ola prowadzi świetnego bloga, gdzie możecie się pozachwycać biżuterią (oraz zajrzeć do jej sklepu), ale też obejrzeć lalki, którym z niesamowitą pieczołowitością przywraca życie. 
Jeszcze raz dziękuję - wiem, co założę na wigilijną kolację.

A teraz zapraszam na kolejne spotkanie z bohaterami "Zachodnich Lasów" - cudnej książki angielskiej pisarki Elenaor Farjeon 


Nazajutrz ruszyło polowanie w Zachodnie Lasy. Na czele jechał na białym koniu młody Król, a za nim jego towarzysze łowów: myśliwi i dworacy.

            Wysoki graniczny płot wydał się dziś Królowi niższy niż wtedy, gdy był tu dzieckiem. Ale i dziś przy płocie było pełno dzieci, które kucały, wspinały się na palce i daremnie usiłowały coś dojrzeć, coś wypatrzyć.


- Na bok, dzieci ! –krzyknął Król kierując konia na płot, a koń przesadził go, przeleciał nad nim jak biały ptak. Za nim tętniły konie dworaków, ale żaden nie poszedł za jego przykładem. Bo jedni byli ojcami i nie raz przestrzegali swoje dzieci przed niebezpieczeństwem, z którym mieli się teraz sami spotkać, drudzy, chociaż dorośli – byli synami i jeszcze mieli w uszach przestrogi rodziców, których nie szczędzili im dziś rano, gdy rozeszła się wiadomość, że Król urządza polowanie w Zachodnich Lasach. Więc wszyscy : ojcowie i synowie – zawrócili konie od drewnianego płotu i 
 


tylko Król, który nie miał rodziców i był kawalerem, przesadził go jednym  skokiem i sam zapuścił się w las.


Ale gdy znalazł się po drugiej stronie płotu, rozejrzał się rozczarowany. Koń jego zapadł się po pęciny w zeschłe liście i oto stał przez zaporą usypaną z chrustu, patyków, suchych traw i paproci, pokrytą czarnym próchnem, porosłą mchem.


  A w tym wszystkim tkwiło mnóstwo gratów i śmieci: podartych obrazków, połamanych lalek, potłuczonych zestawów do herbaty, zardzewiałych trąbek, pustych ptasich gniazd, wianków ze zwiędłych kwiatów, strzępków wstążek, kawałków klocków – nie nadających się do niczego.



 Były też tam książki bez okładek, z kartkami pomazanymi ołówkiem po obu stronach, poobijane blaszane pudełka z resztkami farb tak wyschniętych, że nie sposób było nimi coś namalować. Jednym słowem: tysiące  całkiem bezużytecznych rupieci.
 

 Król wziął w rękę bąka z pękniętą sprężyną, rzucił go i wziął latawiec bez ogona. Ale bezskutecznie próbował rozwinąć sznur i puścić go w górę.



 Zdziwiony i zaniepokojony, przeparł się konno przez zaporę śmieci, ciekawy co  za nią zobaczy. Ale za zaporą widać było tylko bezbarwne, pokryte piaskiem pustkowie, płaskie jak talerz, bezkresne jak pustynia. Ciągnęło się jak okiem sięgnąć, bez końca. Król puścił się konno przed siebie.



  Minęła już godzina, Król jechał wciąż przed siebie, ale wciąż widział tylko szare piaski. I nagle chwycił go strach, że już zawsze przyjdzie mu przemierzać to niekończące się pustkowie. Obejrzał się: zapora, od której się oddalił majaczyła za nim daleko, jak cień.



 A gdyby i ten cień  zniknął mu z oczu ? Wówczas nie znalazłby powrotnej drogi z tej pustki. Przerażony, zawrócił konia i popędził w stronę zapory


 Koń gnał, co sił w nogach, więc po godzinie Król znalazł się na granicy Pedanterii, po drugiej stronie płotu, i odetchnął z ulgą. Dzieci zobaczyły go i przejęte zaczęły wołać:
- Co pan widział ? Co pan widział ?
- Nic – oprócz kupy śmieci – powiedział Król Jan.
Dzieci spojrzały na niego nieufnie.
- I nic  więcej nie ma w tych lasach ? – zapytało jakieś dziecko.
- tam nie ma żadnych lasów – odpowiedział Król.
A gdy dzieci spojrzały nań z niedowierzaniem, zawrócił do pałacu, gdzie Ministrowie powitali go okrzykami radości.
- Bogu dzięki! – wołali. – Więc Wasza Królewska Mość wraca cały i zdrowy !
I zapytali podobnie jak dzieci:
- Co Wasza Królewska Mość widział w tych lasach ?
- Nic i nikogo- odpowiedział Król Jan
- Nawet żadnej czarownicy ? 

-Nawet żadnej księżniczki do wzięcia – odpowiedział kro i poszedł poszukać Sylwki, aby mu zapakowała walizki.


-Dokąd i po co się Król znowu wybiera ? – zapytała Sylwka

- Do Królestwa Północnych Gór starać się o księżniczkę.
-No to przydadzą się Królowi cieple wełniane rękawice  i futrzana kurtka – powiedziała Sylwka i poszła zająć się tym wszystkim.


Królowi przyszło na myśl, że może przydałby mu się jego wiersz, ale gdy zajrzał do kosza na papiery, przekonał się, że Sylwka wszystko z niego wyrzuciła i kosz był pusty.
            To wprawiło Króla w tak zły humor, że gdy wieczorem Sylwka przyniosła mu szklankę gorącego mleka, nawet nie raczył powiedzieć jej „Dobranoc”.



Nie, nie jestem okrutna. Nie wysłałam biednego Króla Jana za miasto, na wysypisko. "Śmietniskowe" krajobrazy  znalazłam w centrum Poznania, 3 minuty od pseudo - Dworca.
Teraz już tam nieco lepiej wygląda, choć litościwie pominęłam wszystkie połamane meble, kable, poremontowe śmieci.  Pół roku temu nie miałabym problemu ze znalezieniem podartych książek czy połamanych zabawek.... Wstyd, po prostu wstyd. 


Bardzo dziękuję Wam wszystkim za przemiłe komentarze pod poprzednimi postami. Bardzo miło mi się je czyta.
Chętnych zapraszam do wzięcia udziału w mojej rozdawajce.

I mam nadzieję, że chętnie poznacie Księżniczkę Północnogórską :) 


Prześlij komentarz